Wejście na Mont Blanc – relacja, trasa i sprzęt

Marzy Ci się Mont Blanc – Dach Europy? 🚀 W tej relacji przeczytasz, jak wyglądała nasza wyprawa krok po kroku: od wyboru trasy, przez atak szczytowy, aż po mordercze zejście trwające 22 godziny non stop. Opowiem szczerze o błędach (m.in. aklimatyzacja), sprzęcie, którego nie może zabraknąć, i o tym, dlaczego Grand Couloir naprawdę zasługuje na miano „kuluaru śmierci”. Na końcu dorzucam praktyczny bonus: listę sprzętu i rzeczy, które warto zabrać na Mont Blanc. Dzięki temu nie popełnisz naszych błędów i będziesz lepiej przygotowany na własną wyprawę.

Wejście na Mont Blanc – relacja z wyprawy

Wstęp: męski wypad po mojemu

Jak co roku staram się zrobić męski wypad. U mnie męski wypad nie oznacza jazdy gdzieś, picia całymi dniami i imprezowania, tylko wyjście w góry. W tym roku padło na wejście na Mont Blanc, czyli Dach Europy.

W zeszłym roku nie było mi dane – miałem na głowie sporo prywatnych spraw – więc w tym roku zaplanowałem dwa wyjazdy. Pierwszy lżejszy: na najwyższy szczyt Maroka – Jabal Toubkal (4166 m). Drugi poważniejszy: Mont Blanc (4808 m). O Jabal Toubkal nie będę się rozpisywał – w porównaniu z Mont Blanc to był jak spacer z psem.


Zmiana planów: Dufour czy Mont Blanc?

Początkowo w planach była Dufourspitze. Ale szybko doszliśmy do wniosku, że technicznie może być dla nas zbyt trudna – grań, teren mieszany (skały + śnieg). Stwierdziliśmy więc, że lepiej uderzyć na Dach Europy.

Ekipa: pięciu chłopa – ja, Kuba, Szczepan, Sławek i Karol.


Wybór trasy – dlaczego 3M?

Zostało pytanie: którą trasą pójdziemy? Kuba, nasz „ekspert od researchu”, poszperał i stwierdził, że zważywszy na naszą „siłę” 😛 możemy iść drogą 3M.

To najtrudniejsza wytyczona trasa na Mont Blanc, ale ma swoje plusy:

  • jest mniej uczęszczana,

  • łatwiejsza logistycznie,

  • omija słynny Grand Couloir (kuluar śmierci).

No właśnie – omija. Jak się później okaże, i tak będziemy musieli się z nim zmierzyć przy zejściu…


Plan – 5 dni na wejście na Mont Blanc

Cała wycieczka: niecałe 5 dni – 3 dni na wejście na Mont Blanc, 2 na dojazd.
Finalny plan (z lekkimi zmianami):

  • 19.08 (piątek) – rano wylot do Genewy z przesiadką w Monachium. Około 13:00 zameldowanie w Chamonix: https://www.chamonix.com/ . Zwiedzanie, obiad, relaks.

  • 20.08 (sobota) – 7:30 kolejką Aiguille du Midi: https://aiguilledumidi.montblancnaturalresort.com/en, obejrzenie tarasów, tuneli i wystaw. Potem zejście lodowcem do schroniska Cosmiques. Wieczorem relaks, piwko, karty i spacer po lodowcu.

  • 21.08 (niedziela) – rano rekonesans pod Taculem (4100 m). Powrót około 13:00. Okazało się, że to nas mocno zmęczyło, a na odpoczynek przed atakiem szczytowym zostało niewiele. O północy pobudka, o 1:00 start. Trasa przepiękna – seraki, strome podejścia, idealna pogoda.

  • 22.08 (poniedziałek) – o 1:15 wyjście ze schroniska Cosmiques. Początkowo tempo świetne. Planowaliśmy wrócić tą samą drogą, do zostawionych bagaży.


Trudności na Maudit

Na Maudit trafił się cięższy moment – przejście przez wybrzuszonego seraka. Z lekką asekuracją i śnieżnymi szablami udało się przejść bezpiecznie. Potem było łatwiej, ale nadal ryzykownie – pełna koncentracja, bo jeden błąd i cała piątka w tarapatach.

W końcu dotarliśmy na przełęcz Maudita i… padło stwierdzenie: „Kua, ale nas to dojechało!”**.


Aklimatyzacja przed wejściem na Mont Blanc

I tu trzeba szczerze powiedzieć: zlekceważyliśmy aklimatyzację. Nie mieliśmy w planie dnia pełnego odpoczynku, a to był błąd. Czuliśmy się mocni – każdy z nas w Tatrach biega jak kozica – i nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, że brak tlenu tak nas zajedzie. Efekt? Każde podejście powyżej 4000 m było jak walka o oddech, krok po kroku.


Walka z „bulą” i wejście na szczyt Mont Blanc

Po przełęczy znów zejście – drugi raz po Taculu – co nas dołowało, bo wciąż myśleliśmy o powrocie tą samą trasą.

Potem zaczęło się mocne podejście na górkę, którą sami nazwaliśmy „bulą” :P. Stromo, długo, bez końca. W Tatrach takie podejście zjedlibyśmy na śniadanie, a tutaj – masakra. Kilkadziesiąt kroków, odpoczynek, znowu kilkadziesiąt kroków, i tak aż do końca.

Na szczycie zameldowaliśmy się po 10 godzinach marszu, choć plan zakładał 7–8 h. Byliśmy totalnie zajechani, ale szczęśliwi.

Na fotorelację poświęciliśmy około 30–40 minut i – zgodnie z planem – rozpoczęliśmy zejście drogą normalną, cały czas mając nadzieję, że zdążymy na kolejkę i około 20:00 będziemy w apartamencie w Chamonix (a trzeba pamiętać, że następnego dnia musieliśmy jeszcze odzyskać rzeczy ze schroniska Cosmiques).


Droga normalna podczas zejścia z Mont Blanc

Droga normalna okazała się także piękna – dużo zejść granią, widoki bajka – ale znacznie bardziej przyjazna i bezpieczna niż 3M. Doszliśmy do pierwszego schronu (okolice 4300 m, emergency shelter Vallot).

Potem czekała nas ogromna połacie lodowca i jeszcze jedno lekkie podejście, które też dało nam popalić.

Tam zagadałem z gościem wyglądającym na przewodnika – i on szybko sprowadził nas na ziemię. Okazało się, że ostatnia kolejka odjeżdża o 17:00, a była 14:00. Do stacji mieliśmy około 5 godzin marszu. Żeby się wyrobić, musielibyśmy po prostu biec. W praktyce – zero szans.

Opcje: albo nocleg po drodze (mijaliśmy Refuge du Goûter i Refuge de Tête Rousse), albo zejście aż do samej doliny.


Grand Couloir – kuluar śmierci na Mont Blanc

Trochę załamani, ruszyliśmy dalej. Do Goûter dotarliśmy całkiem szybko. Rozebraliśmy się z raków, bo teren zmienił się diametralnie – skały, via ferrata, dalej łatwiejsze zejście.

Im bliżej byliśmy Tête Rousse, tym mocniej dawał o sobie znać Grand Couloir. Z góry cały czas dochodził groźny, złowrogi dźwięk spadających kamieni. W pewnym momencie byliśmy świadkami ogromnego oberwania – rzeka głazów runęła w dół, a jeden przeleciał stosunkowo blisko nas. I wtedy naprawdę poczuliśmy, że ta nazwa – „kuluar śmierci” – nie wzięła się znikąd.

Samo przejście przez kuluar wyglądało tak: jedna osoba stawała na czatach i obserwowała górę, a reszta po kolei sprintem przebiegała na drugą stronę. Każdy biegł z duszą na ramieniu, ale na szczęście wszystkim udało się bezpiecznie.


Ostatni etap zejścia z Mont Blanc – 2000 m w dół

Po tym przejściu szybko dotarliśmy do schroniska Tête Rousse. Tam chwilę pogadaliśmy z rodakami, kupiliśmy wodę i stanęliśmy przed decyzją: spać tu i ryzykować logistyczne komplikacje, czy ciśniemy do samej doliny.

Na szczęście trafiliśmy na strażników parku (ci, którzy pilnują zakazu biwakowania) – i oni doradzili nam zejście bocznym szlakiem do wioski, skąd można złapać transport do Chamonix.

Nie afiszowaliśmy się z tym pomysłem, bo była godzina 17, a nas czekało 2000 m zejścia (z ~3100 na 1100 m). Byliśmy już mocno zmęczeni i odwodnieni – w Tête Rousse wzięliśmy tylko 2 litry wody. Ale wyłączyliśmy myślenie i poszliśmy.

Marsz zajął nam 5,5 h. Ostatnie kilometry to była walka – Sławek i Karol z obtarciami, my wszyscy totalnie wypruci. Ja z Kubą i Szczepanem dotarliśmy do wioski około 23:30, złapałem Ubera dla chłopaków i poczekałem na resztę. O 00:30 wszyscy w komplecie zameldowaliśmy się w Chamonix  – po 22 godzinach ciągłego chodzenia. Zajechani, odwodnieni, ale szczęśliwi.


Sprzęt na wejście na Mont Blanc – co zabrać?

Wejście na Mont Blanc to nie spacer po Tatrach. Tutaj odpowiedni sprzęt to nie tylko komfort, ale i bezpieczeństwo. Oto lista, którą mieliśmy ze sobą:

Sprzęt obowiązkowy 🧗‍♂️

  • Kask – ochrona przed spadającymi kamieniami i lodem.

  • Uprząż + lina + karabinki + taśmy – asekuracja to podstawa.

  • Czekan (najlepiej 2 sztuki) – niezastąpiony w stromych podejściach.

  • Raki + stuptuty – pewność na lodzie i śniegu.

  • Okulary lodowcowe + gogle – słońce i wiatr potrafią wypalić oczy.

  • Czołówka (najlepiej 2) – bo startuje się w nocy.

  • Śruby lodowe, prusik, kubek do zjazdu – detale, które ratują tyłek w trudnych miejscach.

  • Płachta biwakowa – awaryjnie, gdyby coś poszło nie tak.

Ubrania 🧥

  • Kurtka cienka (2 sztuki).

  • Kurtka puchowa – na postoje i chłodniejsze noce.

  • Spodnie (2 pary).

  • Polar (2 sztuki).

  • Bielizna termoaktywna.

  • Koszulki szybkoschnące (4–5).

  • Rękawiczki (min. 2 pary).

  • Czapka, komin.

  • Skarpetki górskie (kilka par).

Dodatki i elektronika 🔋

  • Termos + butelka na wodę.

  • Krem z filtrem.

  • Powerbank, krótkofalówki, GoPro.

  • Chusteczki nawilżane (ratunek na lodowcu 😉).

Apteczka 💊

  • Plastry (na odciski i zwykłe).

  • Woda utleniona, gaza, bandaże.

  • Tabletki na ból głowy (wysokość daje w kość).

  • Leki na żołądek.

Jedzenie 🍫

  • Żele energetyczne.

  • Orzechy, kabanosy, czekolady.

  • ISO w proszku.

  • Kawa i „gorący kubek”.

👉 Podsumowując: lista jest długa, ale każdy element ma znaczenie. Mont Blanc nie wybacza braków w sprzęcie – lepiej dźwigać kilogram więcej niż później żałować, że czegoś zabrakło.


Epilog – dzień po wejściu na Mont Blanc

Następnego dnia rano poszliśmy złapać kolejkę. Kuba i Szczepan musieli jeszcze zejść granią i lodowcem do schroniska Cosmiques, pozbierać nasze rzeczy i wrócić na kolejkę. Zajęło im to aż 3,5 godziny ciężkiej roboty i kupę energii – serio, za to należał im się medal 🏅.

Ja w tym czasie ogarniałem odprawy, rezerwacje busa itp., a Karol ze Sławkiem spali i leczyli rany :P. Do 17:00 chillowaliśmy, a potem prosto na lotnisko w Genewie.

I tak zakończyła się nasza przygoda i wejście na Mont Blanc – wyprawa, która dała nam w kość bardziej niż myśleliśmy, ale której nie zamieniłbym na nic innego.

Zobacz też mój plan treningu przygotowujący do wypraw górskich: allforbody.pl/trening-z-trenerem-personalnym-krakow-dlaczego-warto/ 

A jeśli planujesz wyjazd, zajrzyj też na oficjalną stronę Chamonix: https://www.chamonix.com/  


Sprawdź nasze inne poradniki!