Wejście na Mont Blanc – relacja z wyprawy
Wstęp: męski wypad po mojemu
Jak co roku staram się zrobić męski wypad. U mnie męski wypad nie oznacza jazdy gdzieś, picia całymi dniami i imprezowania, tylko wyjście w góry. W tym roku padło na wejście na Mont Blanc, czyli Dach Europy.
W zeszłym roku nie było mi dane – miałem na głowie sporo prywatnych spraw – więc w tym roku zaplanowałem dwa wyjazdy. Pierwszy lżejszy: na najwyższy szczyt Maroka – Jabal Toubkal (4166 m). Drugi poważniejszy: Mont Blanc (4808 m). O Jabal Toubkal nie będę się rozpisywał – w porównaniu z Mont Blanc to był jak spacer z psem.
Zmiana planów: Dufour czy Mont Blanc?
Początkowo w planach była Dufourspitze. Ale szybko doszliśmy do wniosku, że technicznie może być dla nas zbyt trudna – grań, teren mieszany (skały + śnieg). Stwierdziliśmy więc, że lepiej uderzyć na Dach Europy.
Ekipa: pięciu chłopa – ja, Kuba, Szczepan, Sławek i Karol.
Wybór trasy – dlaczego 3M?
Zostało pytanie: którą trasą pójdziemy? Kuba, nasz „ekspert od researchu”, poszperał i stwierdził, że zważywszy na naszą „siłę” 😛 możemy iść drogą 3M.
To najtrudniejsza wytyczona trasa na Mont Blanc, ale ma swoje plusy:
-
jest mniej uczęszczana,
-
łatwiejsza logistycznie,
-
omija słynny Grand Couloir (kuluar śmierci).
No właśnie – omija. Jak się później okaże, i tak będziemy musieli się z nim zmierzyć przy zejściu…
Plan – 5 dni na wejście na Mont Blanc
Cała wycieczka: niecałe 5 dni – 3 dni na wejście na Mont Blanc, 2 na dojazd.
Finalny plan (z lekkimi zmianami):
-
19.08 (piątek) – rano wylot do Genewy z przesiadką w Monachium. Około 13:00 zameldowanie w Chamonix: https://www.chamonix.com/ . Zwiedzanie, obiad, relaks.
-
20.08 (sobota) – 7:30 kolejką Aiguille du Midi: https://aiguilledumidi.montblancnaturalresort.com/en, obejrzenie tarasów, tuneli i wystaw. Potem zejście lodowcem do schroniska Cosmiques. Wieczorem relaks, piwko, karty i spacer po lodowcu.
-
21.08 (niedziela) – rano rekonesans pod Taculem (4100 m). Powrót około 13:00. Okazało się, że to nas mocno zmęczyło, a na odpoczynek przed atakiem szczytowym zostało niewiele. O północy pobudka, o 1:00 start. Trasa przepiękna – seraki, strome podejścia, idealna pogoda.
-
22.08 (poniedziałek) – o 1:15 wyjście ze schroniska Cosmiques. Początkowo tempo świetne. Planowaliśmy wrócić tą samą drogą, do zostawionych bagaży.
Trudności na Maudit
Na Maudit trafił się cięższy moment – przejście przez wybrzuszonego seraka. Z lekką asekuracją i śnieżnymi szablami udało się przejść bezpiecznie. Potem było łatwiej, ale nadal ryzykownie – pełna koncentracja, bo jeden błąd i cała piątka w tarapatach.
W końcu dotarliśmy na przełęcz Maudita i… padło stwierdzenie: „Kua, ale nas to dojechało!”**.
Aklimatyzacja przed wejściem na Mont Blanc
I tu trzeba szczerze powiedzieć: zlekceważyliśmy aklimatyzację. Nie mieliśmy w planie dnia pełnego odpoczynku, a to był błąd. Czuliśmy się mocni – każdy z nas w Tatrach biega jak kozica – i nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, że brak tlenu tak nas zajedzie. Efekt? Każde podejście powyżej 4000 m było jak walka o oddech, krok po kroku.
Walka z „bulą” i wejście na szczyt Mont Blanc
Po przełęczy znów zejście – drugi raz po Taculu – co nas dołowało, bo wciąż myśleliśmy o powrocie tą samą trasą.
Potem zaczęło się mocne podejście na górkę, którą sami nazwaliśmy „bulą” :P. Stromo, długo, bez końca. W Tatrach takie podejście zjedlibyśmy na śniadanie, a tutaj – masakra. Kilkadziesiąt kroków, odpoczynek, znowu kilkadziesiąt kroków, i tak aż do końca.
Na szczycie zameldowaliśmy się po 10 godzinach marszu, choć plan zakładał 7–8 h. Byliśmy totalnie zajechani, ale szczęśliwi.
Na fotorelację poświęciliśmy około 30–40 minut i – zgodnie z planem – rozpoczęliśmy zejście drogą normalną, cały czas mając nadzieję, że zdążymy na kolejkę i około 20:00 będziemy w apartamencie w Chamonix (a trzeba pamiętać, że następnego dnia musieliśmy jeszcze odzyskać rzeczy ze schroniska Cosmiques).
Droga normalna podczas zejścia z Mont Blanc
Droga normalna okazała się także piękna – dużo zejść granią, widoki bajka – ale znacznie bardziej przyjazna i bezpieczna niż 3M. Doszliśmy do pierwszego schronu (okolice 4300 m, emergency shelter Vallot).
Potem czekała nas ogromna połacie lodowca i jeszcze jedno lekkie podejście, które też dało nam popalić.
Tam zagadałem z gościem wyglądającym na przewodnika – i on szybko sprowadził nas na ziemię. Okazało się, że ostatnia kolejka odjeżdża o 17:00, a była 14:00. Do stacji mieliśmy około 5 godzin marszu. Żeby się wyrobić, musielibyśmy po prostu biec. W praktyce – zero szans.
Opcje: albo nocleg po drodze (mijaliśmy Refuge du Goûter i Refuge de Tête Rousse), albo zejście aż do samej doliny.
Grand Couloir – kuluar śmierci na Mont Blanc
Trochę załamani, ruszyliśmy dalej. Do Goûter dotarliśmy całkiem szybko. Rozebraliśmy się z raków, bo teren zmienił się diametralnie – skały, via ferrata, dalej łatwiejsze zejście.
Im bliżej byliśmy Tête Rousse, tym mocniej dawał o sobie znać Grand Couloir. Z góry cały czas dochodził groźny, złowrogi dźwięk spadających kamieni. W pewnym momencie byliśmy świadkami ogromnego oberwania – rzeka głazów runęła w dół, a jeden przeleciał stosunkowo blisko nas. I wtedy naprawdę poczuliśmy, że ta nazwa – „kuluar śmierci” – nie wzięła się znikąd.
Samo przejście przez kuluar wyglądało tak: jedna osoba stawała na czatach i obserwowała górę, a reszta po kolei sprintem przebiegała na drugą stronę. Każdy biegł z duszą na ramieniu, ale na szczęście wszystkim udało się bezpiecznie.
Ostatni etap zejścia z Mont Blanc – 2000 m w dół
Po tym przejściu szybko dotarliśmy do schroniska Tête Rousse. Tam chwilę pogadaliśmy z rodakami, kupiliśmy wodę i stanęliśmy przed decyzją: spać tu i ryzykować logistyczne komplikacje, czy ciśniemy do samej doliny.
Na szczęście trafiliśmy na strażników parku (ci, którzy pilnują zakazu biwakowania) – i oni doradzili nam zejście bocznym szlakiem do wioski, skąd można złapać transport do Chamonix.
Nie afiszowaliśmy się z tym pomysłem, bo była godzina 17, a nas czekało 2000 m zejścia (z ~3100 na 1100 m). Byliśmy już mocno zmęczeni i odwodnieni – w Tête Rousse wzięliśmy tylko 2 litry wody. Ale wyłączyliśmy myślenie i poszliśmy.
Marsz zajął nam 5,5 h. Ostatnie kilometry to była walka – Sławek i Karol z obtarciami, my wszyscy totalnie wypruci. Ja z Kubą i Szczepanem dotarliśmy do wioski około 23:30, złapałem Ubera dla chłopaków i poczekałem na resztę. O 00:30 wszyscy w komplecie zameldowaliśmy się w Chamonix – po 22 godzinach ciągłego chodzenia. Zajechani, odwodnieni, ale szczęśliwi.
Sprzęt na wejście na Mont Blanc – co zabrać?
Wejście na Mont Blanc to nie spacer po Tatrach. Tutaj odpowiedni sprzęt to nie tylko komfort, ale i bezpieczeństwo. Oto lista, którą mieliśmy ze sobą:
Sprzęt obowiązkowy 🧗♂️
-
Kask – ochrona przed spadającymi kamieniami i lodem.
-
Uprząż + lina + karabinki + taśmy – asekuracja to podstawa.
-
Czekan (najlepiej 2 sztuki) – niezastąpiony w stromych podejściach.
-
Raki + stuptuty – pewność na lodzie i śniegu.
-
Okulary lodowcowe + gogle – słońce i wiatr potrafią wypalić oczy.
-
Czołówka (najlepiej 2) – bo startuje się w nocy.
-
Śruby lodowe, prusik, kubek do zjazdu – detale, które ratują tyłek w trudnych miejscach.
-
Płachta biwakowa – awaryjnie, gdyby coś poszło nie tak.
Ubrania 🧥
-
Kurtka cienka (2 sztuki).
-
Kurtka puchowa – na postoje i chłodniejsze noce.
-
Spodnie (2 pary).
-
Polar (2 sztuki).
-
Bielizna termoaktywna.
-
Koszulki szybkoschnące (4–5).
-
Rękawiczki (min. 2 pary).
-
Czapka, komin.
-
Skarpetki górskie (kilka par).
Dodatki i elektronika 🔋
-
Termos + butelka na wodę.
-
Krem z filtrem.
-
Powerbank, krótkofalówki, GoPro.
-
Chusteczki nawilżane (ratunek na lodowcu 😉).
Apteczka 💊
-
Plastry (na odciski i zwykłe).
-
Woda utleniona, gaza, bandaże.
-
Tabletki na ból głowy (wysokość daje w kość).
-
Leki na żołądek.
Jedzenie 🍫
-
Żele energetyczne.
-
Orzechy, kabanosy, czekolady.
-
ISO w proszku.
-
Kawa i „gorący kubek”.
👉 Podsumowując: lista jest długa, ale każdy element ma znaczenie. Mont Blanc nie wybacza braków w sprzęcie – lepiej dźwigać kilogram więcej niż później żałować, że czegoś zabrakło.
Epilog – dzień po wejściu na Mont Blanc
Następnego dnia rano poszliśmy złapać kolejkę. Kuba i Szczepan musieli jeszcze zejść granią i lodowcem do schroniska Cosmiques, pozbierać nasze rzeczy i wrócić na kolejkę. Zajęło im to aż 3,5 godziny ciężkiej roboty i kupę energii – serio, za to należał im się medal 🏅.
Ja w tym czasie ogarniałem odprawy, rezerwacje busa itp., a Karol ze Sławkiem spali i leczyli rany :P. Do 17:00 chillowaliśmy, a potem prosto na lotnisko w Genewie.
I tak zakończyła się nasza przygoda i wejście na Mont Blanc – wyprawa, która dała nam w kość bardziej niż myśleliśmy, ale której nie zamieniłbym na nic innego.
Zobacz też mój plan treningu przygotowujący do wypraw górskich: allforbody.pl/trening-z-trenerem-personalnym-krakow-dlaczego-warto/
A jeśli planujesz wyjazd, zajrzyj też na oficjalną stronę Chamonix: https://www.chamonix.com/